Teoretycznie w ostatnich tygodniach mogła zagrażać nam powódź. Była to najbardziej wymagająca operacja od dawna

Teoretycznie w ostatnich tygodniach mogła zagrażać nam powódź. Była to najbardziej wymagająca operacja od dawna
Fot: RZGW Gdańsk

Mogliśmy się przyzwyczaić w ostatnich latach do niskich poziomów Wisły, ale pokrywa lodowa zmienia zasady gry, gdyż staje się ona w pewnym sensie tamą. W praktyce daleko było na Wiśle do ryzyka powodzi, ale też wpływ na to miała praca lodołamaczy, które od wielu lat nie musiały wypływać.

W styczniu lodołamacze pracowały głównie na północy w obrębie Zatoki Gdańskiej. Akcja w kujawsko-pomorskim natomiast zaczęła się w lutym systematycznie zmierzając na południe. 20 lutego lodołamacze pojawiły się w bydgoskim Fordonie, a dwa dni później dotarły do Torunia. Służba lodołamaczy w praktyce trwała w naszym regionie do 4 marca.

RZGW w Gdańsku informuje, że front objął 212 km Wisły i wymagał zaangażowania 28 pracowników. Problemem był niski poziom rzeki na niektórych fragmentach z uwagi na powstałe łachy, co sprawiło, że prace były szczególnie wymagające.

W Fordonie w kulminacyjnym momencie Wisła przekraczała 3,5 metra wysokości. Od kilku dni jej stan jest poniżej 3 metrów, z tendencją spadkową. O stanie zagrożenia mówimy, gdy rzeka urośnie powyżej 5,3 metra, a alarm ogłaszany jest po przekroczeniu 6,5 metra.