Chaos w edukacji, czyli dialog po toruńsku

Chaos w edukacji, czyli dialog po toruńsku

Od roku trwają negocjacje układu zbiorowego regulującego płace pracowników niepedagogicznych w Toruniu, choć trudno nazwać to negocjacjami. Nieoficjalnie słyszymy od uczestników negocjacji, że rozmowy mają charakter dość jednostronny, a  propozycję strony związkowej spotka się z odmową bez merytorycznego uzasadnienia i jakiejkolwiek próby wypracowania rozwiązań kompromisowych. Obowiązujący układ zbiorowy pracy w wielu zapisach jest rażąco nieadekwatny do aktualnych realiów pracy oraz sytuacji ekonomicznej pracowników, a przede wszystkim nie spełnia swojej podstawowej funkcji – ochrony interesów pracowników toruńskich placówek oświatowych. Utrzymywanie go oznacza w praktyce ignorowanie głosu pracowników i świadome utrwalanie niekorzystnego status quo.

Układ zbiorowy w Toruniu miał być swoistą „konstytucją” wynagrodzeń. Dokumentem stabilnym, przewidywalnym i odpowiadającym realiom pracy w oświacie. Dziś jednak coraz bardziej przypomina archiwalny zapis rzeczywistości, która już nie istnieje. Problemem przestają być nawet oczekiwania pracowników – coraz częściej chodzi o to, że ich wynagrodzenia zwyczajnie nie mieszczą się w obowiązujących tabelach. Zamiast więc dostosować zapisy do realiów, podejmowane są próby dopasowania rzeczywistości do tabel.

Jednym z najbardziej wymownych przykładów jest propozycja włączenia premii do wynagrodzenia zasadniczego. To rozwiązanie, które na pierwszy rzut oka może wyglądać jak podwyżka, w praktyce jest jednak jedynie zabiegiem księgowym: odebrać premię, zmienić jej nazwę i ogłosić sukces. Efekt? Brak realnego wzrostu wynagrodzeń przez kolejne lata, przy jednoczesnym zachowaniu pełnej „zgodności” w arkuszach kalkulacyjnych.

Niepokój budzi także likwidacja podwyżek z puli dyrektora. Odbiera ona szkołom jedno z ostatnich narzędzi motywowania pracowników. Zarządzanie rzeczywiście staje się prostsze – tyle że nie dlatego, że bardziej efektywne, lecz dlatego, że pozbawione narzędzi decyzyjnych. W tym samym czasie trwa deklarowana „walka” ze spłaszczaniem wynagrodzeń, która w praktyce prowadzi do jego pogłębiania. Różnice między kategoriami zaszeregowania maleją do poziomu niemal symbolicznego.

Pojawiają się też wątpliwości co do operowania statystyką. Maksima, mediany i średnie dobierane są w taki sposób, by potwierdzać wcześniej przyjęte założenia. Problem polega na tym, że za tymi liczbami stoją konkretni ludzie, których rzeczywiste wynagrodzenia często znacząco odbiegają od prezentowanych danych.

Coraz wyraźniej widać również, że dialog społeczny zaczyna przypominać monolog. Strona samorządowa mówi i wdraża, a konsultacje mają charakter raczej formalny niż rzeczywisty. Szczególnie niepokojące jest wprowadzanie rozwiązań ograniczających zatrudnienie – bez rzetelnej rozmowy o ich skutkach dla pracowników i funkcjonowania placówek. Decyzje te wydają się w praktyce uzależnione od wąskiego grona decydentów, co dodatkowo osłabia poczucie współodpowiedzialności za system.

Całość sprawia wrażenie, jakby układ zbiorowy przestał być fundamentem dla blisko 1500 osób, a stał się narzędziem optymalizacji kosztów. Tymczasem szkoła to nie arkusz kalkulacyjny, a edukacja nie jest jedynie pozycją w budżecie.

Można by powiedzieć, że mamy do czynienia z bardzo „nowoczesnym” dialogiem: jedna strona mówi, druga tylko liczy. Szkoda tylko, że w tym wszystkim coraz łatwiej zgubić to, co najważniejsze – ludzi.