Debata w ratuszu nad planem ogólnym okazała się porażką. Spróbujmy ją uporządkować

Debata w ratuszu nad planem ogólnym okazała się porażką. Spróbujmy ją uporządkować
Grafika z AI, która nakręca debatę wokół planu ogólnego

Gdyby w ocenie ubiegłotygodniowej nadzwyczajnej sesji Rady Miasta Bydgoszczy starać się wydać ocenę w oparciu o kryteria obiektywne, to raczej byłaby ona negatywna. Utwierdziła ona bowiem strony w spolaryzowanych poglądach i najprawdopodobniej nawet o krok nie przyczyni się do wypracowania consensusu, co w debacie samorządowej powinno być zawsze celem.

Wczoraj (6 lipca) minął ostatni dzień przyjmowania uwag w konsultacjach społecznych nad planem ogólnym dla Bydgoszczy – teraz Miejska Pracownia Urbanistyczna stoi przed bardzo trudnym zadaniem rozpatrzenie tak dużej ilości wniosków w ciągu miesiąca i w sierpniu dyskusja wróci.

W ratuszu mieliśmy jałową dyskusję

Zdaje sobie sprawę, że użycie tak ostrego sformułowania może wydać się niezbyt eleganckie, ale czasami też dobrze jest pisać otwarcie. W praktyce jednak odbycie tej sesji nie wniosło nowego powiewu w lokalną, a przedstawiane na niej racje czy postulaty od dłuższego czasu i tak krążyły w przestrzeni publicznej, zatem uczestniczący w niej radni nie wyszli z ratusza bogatsi w wiedzę, jednocześnie angażując swoje zasoby czasowe niekoniecznie w najbardziej wydajny sposób. Przypomnę, że 10 czerwca radni przez prawie cały dzień dyskutowali namiętnie o wotum zaufania dla prezydenta, chociaż przed pierwszym głosem w dyskusji część z nich wypowiedziała się do telewizji (tzw. awansem) jak ich kluby zagłosują. Zatem poświęcono godziny na gorącą dyskusję, chociaż każdy wcześniej wiedział jak zagłosuje. Czy taki powinien być sens debaty? Sesja o planie ogólnym właściwie się wpisuje w to samo oraz pokazuje, że mamy radnych, którzy lubią częste wielogodzinne dysputy.

Co więcej – na temat tej sesji więcej się mówi o tym, że nie dopuszczono mieszkańców, którzy chcieliby zabrać głos. Tak naprawdę to jest główne przesłanie inicjatorów sesji klubu Bydgoskiej Prawicy. Pytanie, czy wpuszczenie kolejnych osób, aby opowiedziały się po jednej lub drugiej stronie coś nowego by wniosło? Na pewno wizerunkowo słabo wygląda nie dopuszczenie do głosu poprzedniej dyrektor Miejskiej Pracowni Urbanistycznej Anny Rembowicz-Dziekciowskiej, która jest główną krytyczką obecnej wersji planu. Nawet jeśli przewodnicząca ma rację, że z powodów proceduralnych to nie było takie oczywiste, to wizerunkowo obóz rządzący miastem na tym traci, stąd też dziwi, że nie postarano się znaleźć mimo wszystko zaczepienia, aby ten głos umożliwić. Osobisty atak prezydenta Rafała Bruskiego na byłą dyrektor też nie należy do jego najbardziej chlubnych wypowiedzi. Opozycja mogła to oczywiście rozegrać inaczej – aby nie przeciągać kwestiami technicznymi, napiszę o tym pod koniec tej publikacji.

Tylko czy leżało to w interesie opozycji, która od początku jak można odnieść wrażenie grała na narrację, że prezydent wbrew całemu miastu walczy z mieszkańcami na rzecz interesów developerów. Taką tezę mogę stawiać wprost, bowiem radni Bydgoskiej Prawicy w mediach społecznościowych utożsamiali się z opinią, że Bydgoszczą rządzi ,,koalicja developerska”. Dochodzi jednak przy tym do dużych absurdów, bo np. radny Paweł Sieg związany z Konfederacją, dla krótkiego poklasku zaczął popierać regulacje, które według liderów jego formacji narzuciła nam ,,zła Bruksela”. W sumie można powiedzieć patrząc na zaangażowanie jego oraz narodowców, że te regulacje unijne też mogą być dobre.

Najgorsze jest jednak to, że z powodu takiej otoczki dyskusja w ratuszu nie miała żadnej wartości dla debaty i nawet pomimo tego, że dyrektor MPU odpowiadał na zadawane pytania, starał się wyjaśniać wątpliwości, to ci co przed sesją wierzyli w teorię, że na Wyspie Młyńskiej powstaną zaraz wieżowce mieszkalne, to po jej zakończeniu nadal to wierzą.

O co zatem chodzi? Czyli próba uporządkowania

Jak zostawimy jednak z boku narrację polityczną oraz grafiki generowane przez AI w celu uzyskania atencji z uwagi na wywoływane emocje, to możemy zauważyć, że w tej debacie są pewne merytoryczne aspekty.

Polityka prezydenta i można powiedzieć też Rady Miasta (chociaż część radnych może być zdziwiona, że uchwalając strategię ponadlokalną się za nią opowiedzieli) zakłada zwiększanie konkurencyjności inwestowania w mieszkania w Bydgoszczy wobec obszarów w gminach ościennych. Ratusz przyjmuje – opierając się na badaniach Uniwersytetu Wrocławskiego – że populacja Bydgoszczy jest znacznie wyższa niż wskazuje to GUS, gdyż może sięgać około 370 tys., co naturalnie wymusza większe zapotrzebowanie na mieszkalnictwo. Wyznaczając nowe tereny w planie ogólnym Bydgoszcz miałaby zachęcać do większej ilości inwestycji u siebie, gdyż w ostatnich latach inwestorzy stawiali głównie na gminy ościenne, co z perspektywy Bydgoszczy oznaczało zazwyczaj nowych mieszkańców korzystających z usług Bydgoszczy, ale nie dokładających się do nich w podatkach oraz wzrost korków między miastem i tymi gminami, bo przecież trzeba też dojechać. Prezydent jako cel takiej polityki stawia walkę z depopulacją Bydgoszczy.

Na drugim biegunie mamy organizacje społeczne, niektórych społeczników, z rad osiedli, którzy nie można powiedzieć, że w 100% głoszą identyczną narrację, to jest trochę ich głosem jest Bydgoski Ruch Miejski. Dużo mówi hasło jakim kieruje się ta organizacja ,,Plan ogólny dla mieszkańców nie dla inwestorów”. W oficjalnych wypowiedziach Bydgoski Ruch Miejski wprost uważa, że ambicje populacyjne ratusza są przerośnięte, dlatego wręcz oczekują z rezygnacji ich wszędzie tam, gdzie wiąże się to z utratą czegoś przez dzisiejszych mieszkańców Bydgoszczy – np. części lasu lub przestrzeni gdzie mógłby powstać park. Niezależnie od tego jaka narracja wydaje się komuś bliska, to debata zestawiająca te dwie wizje była na pewno bardzo ciekawa. Mam nadzieję, że do końca sierpnia, zanim uchwalony zostanie Plan Ogólny – do jakiejś konfrontacji merytorycznych poglądów mimo wszystko dojdzie. Być może udałoby się spotkać pośrodku i wypracować bardziej kompromisową koncepcję planu. BRM po części może być sobie jednak sam winien, iż powiela też narrację krzykliwą o spalarniach czy rzekomych wieżowcach na Wyspie Młyńskiej, przez co całościowo jego narracja się nie przebija. Mamy też działania stowarzyszenia Modrzew, które chce już teraz zabezpieczyć tereny zielone, które mogłyby być w przyszłości zagrożone oraz zadbać o większy udział powierzchni biologicznie czynnych. To często są już techniczne zagadnienia, ale wbrew pozorom bardzo ważne, którym jednak trudno będzie się przebić przy wszystkim innym co dominuje w tej debacie.

Mamy w końcu mieszkańców z różnych części miasta, którym projekt planu otwiera w przyszłości drogę do wycinki lasu w okolicy jak na Miedzyniu, czy zagospodarowania mieszkaniami Górek Fordońskich. Ich sprzeciw wobec tych planów nie powinien dziwić. Wręcz dziwne by było, gdyby nie walczyli o swoje.

Mamy też polityków opozycji, którzy chcą na tych wszystkich konfliktowych sytuacjach ugrać coś dla siebie. Tylko czy betonowanie debaty wokół polaryzacji politycznej, do czego ubiegłotygodniowa sesja się przyczyniła, faktycznie pomoże tym mieszkańcom coś realnie uzyskać?

PS. Czyli jak można było zaprosić stowarzyszenia i przedstawicieli mieszkańców?

Wracając jeszcze do czwartkowej sesji – gdzie regulaminowo nie było to takie proste. Radni Bydgoskiej Prawicy najpierw zawnioskowali o sesję (która musi zostać zwołana w ciągu 7 dni od momentu złożenia wniosku) i potem podali mail ratusza, aby mieszkańcy się zapisywali, zrzucając cały ciężar za organizację oraz ewentualne uciążliwości (gdyby liczba dyskutantów była bardzo duża) na przewodniczącą Rady Miasta. Gdyby radni opozycji najpierw zapowiedzieli publicznie, że chcą aby taka sesja się odbyła, dali zainteresowanym osobom 1-2 dni na wyrażenie chęci udziału, a potem te osoby wpisali we wniosku o zwołanie sesji. Tego problemu by nie było.